Menu
A+ A A-

Czwartkowa druga kolejka - 17.12.15.

  • Odsłony: 1302

Aż sześć spotkań zostało zaplanowanych na czwartkowy wieczór, podczas którego zakończyliśmy druga serię rozgrywek.

 

 

_

SGP - Fachowiec 5:2

Cóż to było za otwarcie! Chociaż mocną nadinterpretacją byłoby określenie, iż spotkanie obfitowało w wielkie emocje, to jednak gracze obu ekip niewątpliwie postarali się o to, aby ten mecz już trwale wyrył ich nazwiska na kartach historii halowej ligi...

Jak podają statystycy, pierwsza bramka w tym meczu padła już po pierwszej akcji, a pisząc dokładniej, po 13 sekundzie! Jej historycznym strzelcem został gracz SGP - Radosław Karasiński, który wykończył akcję swojego zespołu uderzeniem lewą nogą po długim słupku. Ten sam zawodnik już w 3 minucie podwyższył prowadzenie swojej drużyny, dając tym sobie oraz kolegom z teamu niezły zapas na kolejne minuty, poszerzając jednocześnie granice ryzyka.

SGP mogło od tego momentu w pełni kontrolować przebieg meczu i szukać kolejnych bramek, podejmując jednocześnie odważniejsze decyzje. Tym bardziej, że gonitwa rywala równała się z narastającym ciśnieniem, podyktowanym emocjami oraz upływającym czasem. Mijały minuty, a bramki dla Fachowca wciąż nie padały. Tymczasem gracze SGP dokładali kolejne cegiełki. W 23 minucie ich prowadzenie powiększyło się o kolejne trzy bramki! Było jasne, że żaden z Fachowców nie będzie w stanie nic zaradzić na ten niekorzystny dla nich wynik spotkania. Tym bardziej, że to prowadzący skład był piłkarsko lepszy i wyraźnie zasługiwał na zwycięstwo w tym spotkaniu.

Gorzkim pocieszeniem dla przegranych był fakt, iż to oni zakończyli strzelanie w tym spotkaniu. Pod koniec meczu, gdy zawodnicy SGP już umawiali się na pomeczowe świętowanie, udało się im dwukrotnie pokonać Marcina Gaika.

Graczem meczu uznany został Radosław Karasiński.

 

Wiśnia Team - Flakon Team 11:2

Przedmeczowe teorie zakładały, że będzie to jedno z najbardziej wyrównanych spotkań tego dnia. Mimo iż Wiśnia jest głównym faworytem do awansu z tej grupy, to jednak przewidywano, że gracze Flakonu po dobrym początku rozgrywek (pokonali 6:3 Pogoń Herby) będą uskrzydleni zdobyczą punktową i dorównają kroku rywalowi.

Początek spotkania wskazywał, że teoria może zostać ostatecznie przekuta w praktykę. Mimo iż to gracze Wiśni od początku narzucili własne tempo (co zresztą było do przewidzenia), do którego przeciwnik po prostu musiał się dostosować, to jednak nie była to przewaga miażdżąca. Tak jedni, jak i drudzy kreowali sytuacje strzeleckie i mieli co nieco do zaoferowania w grze ofensywnej. Zawodników Flakonu nie podłamały wcale szybko stracone dwie bramki, które faworyci strzelili w 2 i 3 minucie spotkania (oba gole Mateusza Teodorczyka). Bardzo szybko otrząsnęli się po tych golach i udało się im już w 4 minucie strzelić bramkę kontaktową, której autorem był Michał Kasprzyk. Sugerowało to, że możemy doczekać się w tym meczu sporych emocji.

Niestety, gracze Wiśni przebijali z każdą kolejną minutą nadzieję obserwatorów, że jeszcze wydarzy się w tym meczu coś nieprzewidywalnego. Warto zaznaczyć, że czuli się na boisku pewnie, dzięki czemu ich akcje były bardzo płynne, prowadzone w szybkim tempie. Zawdzięczali to przede wszystkim dużej wymienności pozycji, która otwierała wiele możliwości rozegrania ataku - byli nieprzewidywalni, tym samym trudno było rozgryźć ich pomysł na atak. Na przerwę obie ekipy schodziły przy wyniku 7:1 dla Wiśni, co prowadzącym pozwoliło na swobodną kontrolę wydarzeń boiskowych w drugiej odsłonie meczu. Można było odnieść wrażenie, iż gdyby musieli strzelić więcej bramek, to nie mieliby najmniejszych kłopotów z realizacją tego założenia.

Drużyna Wiśni potwierdziła, że jest zdecydowanym faworytem do gry w grupie mistrzowskiej i byłoby wielką sensacją jakiekolwiek inne rozstrzygnięcie, niż zajęcie przez nich pierwszego lub drugiego miejsca w grupie eliminacyjnej.

W kuluarach przy okazji tego spotkania mówiło się również dużo o lekkim dołku formy, w jakim znajduje się aktualnie najlepszy strzelec rozgrywek - Mateusz Teodorczyk. Lider klasyfikacji strzelców dołożył dzisiaj „zaledwie” 6 bramek. ;)

 

ZIP - Furfante 5:3

ZIP-y znowu przegrywają - zdradzało jakże odkrywczo przygotowane wcześniej wprowadzenie do opisu pojedynku pomiędzy ZIP-ami właśnie, a ekipą Furfante. Spotkanie to jednak potwierdziło, iż nie jest istotne to, jak się zaczyna, a jak kończy mecz.

Po pierwszym nieoczekiwanym niepowodzeniu ZIP-ów wydawało się, że kolejne spotkanie będzie dla nich idealną okazją do wzięcia rewanżu. Ekipa była  do tego stopnia zmotywowana, że pojawiła się w komplecie z powracającymi Rafałem Czerwińskim oraz Kamilem Ścisłowskim. Ich szanse były tym większe, że w drużynie rywala zabrakło tym razem Krzysztofa Kościańskiego oraz Kamila Sulińskiego. Były to więc poważne osłabienia kadrowe Furfante.

Pierwsza bramka padła w tym meczu „dopiero” w 5 minucie (wcześniejsze spotkania przyzwyczaiły do szybszego rozpoczęcia), a jej autorem został Kuba Ciekot. Wydawało się wtedy, że ZIP-y wróciły na właściwe tory i że czując krew ofiary, już nie oddadzą pola rywalowi i będą starali się kontrolować przebieg meczu, by we właściwych momentach zadawać kolejne ciosy. Tymczasem w kolejnych minutach niespodziewanie zaczęli mieć ogromne problemy! Nie potrafili w pełni skoncentrować się na wydarzeniach boiskowych, za co zostali szybko skarceni. Szybkie pach, pach, pach w 6, 7 i 10 minucie... i w ten oto sposób Damian Kamiński skompletował klasycznego hattricka, który wydawało się ustawił już losy tego spotkania. Do przerwy 1:3.

Prawdziwą moc drużyny jednak można poznać po tym, jak podnosi się w najcięższych momentach. Ten test ekipa ZIP składu zdała na ocenę celującą! Ze względu na dużą liczbę kandydatów do awansu w tej grupie, można zaryzykować tezę, że dwie porażki w pierwszych kolejkach mogłyby już przekreślić szanse ZIP-ów na walkę o czołowe lokaty Superligi. Ta świadomość raczej w tamtym momencie do nich nie docierała, a nawet jeśli, to nie dali po sobie tego poznać. Zamiast rozważać nad przyszłością w tabeli, postanowili wziąć się mocno do pracy po przerwie i z miejsca zamknęli ekipę Furfantę na ich połowie. Wyglądali na zdeterminowanych, wskoczyli na wyższy poziom koncentracji, dzięki czemu zaczęli w końcu realizować swój plan.

Druga odsłona również miała swój smaczek w postaci szybkiego pach, pach, pach... tym razem w ustrzeleniu klasycznego hattricka Kamińskiego zastąpił Rafał Czerwiński, dla którego był to powrót do drużyny w wielkim stylu - zakończył bowiem mecz z nagrodą dla najlepszego zawodnika spotkania.

Tak dobra postawa w trudnym momencie zawodników ZIP stawia ich w uprzywilejowanej pozycji przed kolejnymi spotkaniami, zwłaszcza przed ewentualnymi meczami finałowymi, gdzie poziom stresu, emocji jest wyraźnie większy i gdzie każdy, choćby najdrobniejszy błąd, może zadecydować o losach spotkania.

 

Ciche Company - Decathlon 0:10

Zwykła formalność dla drużyny Decathlonu, która nie pozostawiła na rywalu choćby suchej nitki. Od początku do końca pełna kontrola wydarzeń boiskowych i potwierdzenie, iż dla tego zespołu najbliższe spotkania będą raczej sparingami przygotowującymi formę do rozgrywek finałowych. Cisi gracze nie nadążali za przeciwnikiem, notowali bardzo dużą liczbę strat na własnej połowie, byli wyraźnie słabsi organizacyjnie, nie mieli argumentów, by podjąć realnie skuteczną walkę z mistrzem, który zwyczajnie górował na każdej płaszczyźnie.

Cichym bohaterem spotkania został uznany Piotr Jelonek. Wybór tego gracza na MVP meczu może na pierwszy rzut oka dziwić, ponieważ zanotował on w tym spotkaniu zaledwie jedną bramkę. Jednak sędziowie docenili jego wkład w wynik i w poziom gry Decathlonu! Grając z tyłu zapewniał ogromną stabilizację w defensywie (w zasadzie nie popełnił żadnego istotnego błędu!), dzięki czemu stabilnie prezentowała się również gra organizacyjna wygranych.

HC Pirates - AZS Politechnika 1:9

Drugi w tygodniu mecz AZS-u i kolejne trzy punkty lądują na ich koncie! Respekt budzi przede wszystkim regularność w grze zawodników Politechniki, którzy drugi raz z rzędu rozstrzygają mecz na swoją korzyść w identycznych rozmiarach (wcześniej 9:1 z Tadexem). Bilans tygodnia, wynoszący 6 punktów i 18 goli zdobytych przy 2 straconych robi wrażenie i na pewno działa na wyobraźnię kolejnych rywali AZS-u.

Wynik jednak nie oddaje w pełni przebiegu spotkania. Dość powiedzieć, że do przerwy AZS prowadził z "Piratami" zaledwie... 1:0! Przez całą pierwszą połowę zawodnicy beniaminka grali bowiem bardzo oszczędnie. Było to podyktowane przede wszystkim okrojonym składem (zwycięska drużyna przybyła na spotkanie zaledwie z jednym graczem rezerwowym). Tym samym lider grupy A zdecydował się na bardzo dojrzałą grę, rozkładając siły na całe spotkanie, co przyniosło spodziewane efekty w drugiej połowie.

Większość bramek to zasługa skutecznej gry z kontry AZS-u. Pozwalali oni bowiem na grę piłką ekipie Holy City, by jednak w kluczowych momentach podejść agresywnie i wyjść z szybkim atakiem po przejęciu piłki. Tym bardziej była to słuszna koncepcja, że gracze drużyny przegranej mieli spore problemy z płynnym prowadzeniem futbolówki i popełniali wiele prostych błędów, wymuszonych nerwowością. "Piraci" nie mieli kompletnie pomysłu na rozmontowanie defensywy rywala. Defensywy, która de facto była świetnie zorganizowana i potrafiła wykorzystać swoje największe atuty do uzyskania korzystnego wyniku. Skutecznie odcinała rywali od wielu szans na oddanie strzału.

Najważniejsze sprawdziany jednak dopiero przed drużyną AZS-u, która teraz będzie się mierzyć głównie z kandydatami do awansu. Dopiero te spotkania zweryfikują ich prawdziwy potencjał i szanse na wyjście z bardzo mocnej przecież grupy.

Niekwestionowanym liderem i bohaterem spotkania był dziś Krzysztof Lazowski, który zanotował 2 gole i aż 7 asyst(!), a więc jak łatwo policzyć, miał bezpośredni udział przy KAŻDEJ bramce AZS-u! Brawo!

 

Złote Arkady - Helpea 8:3

Na koniec spotkanie o niesamowitym rozwoju wydarzeń boiskowych. Złote Arkady co prawda pokonały ostatecznie drużynę Helpea dość wysoko, bo aż 8:3, jednak przez bardzo długi czas utrzymywał się w tym meczu wynik remisowy. Dokładniej rzecz ujmując do 21 minuty Złote Arkady remisowały z rywalem 2:2!

Było to bardzo przyjemne dla oka widowisko, które ucieszyłoby największych malkontentów. Przez całe spotkanie faworyci (za których niewątpliwie uchodzili „Złoci”) prowadzili grę i mieli przewagę w organizacji nad przeciwnikiem. Jednak brakowało im skuteczności w kluczowych momentach, a ponadto bardzo dobrą formą wykazywał się bramkarz Helpea. Wpływ na to na pewno miał fakt, iż gracze ZA chcieli wejść z piłką do bramki rywala, próbując klasycznej gry halowej, bazującej na wielu szybkich podaniach.

Kluczową w tym meczu była 20 minuta spotkania, kiedy gracze Helpea stworzyli sobie znakomitą sytuację strzelecką, która wręcz powinna zostać przez nich wykorzystana. Tymczasem fantastyczną interwencją popisał się bramkarz Złotych Arkad – Michał Łatka. Gdyby nie jego obrona, możliwe, że wynik byłby zgoła odmienny, gdyż zawodnicy wygranej ekipy mieliby wtedy niewiele czasu na nadrobienie straty.

Ta sytuacja wyraźnie wpłynęła na poczynania obu zespołów. Z drużyny Helpea uszło powietrze, rozwarli własne szyki obronne i oddali pole przeciwnikowi, który nie miał najmniejszych problemów z wykorzystaniem kolejnych sytuacji strzeleckich.

Chociaż przegrani, to jednak widać było, że gracze Helpea wyciągnęli wnioski z ostatniej porażki i zagrali dużo mądrzej niż w pierwszej kolejce. Do pewnego momentu sprawnie się bronili, ich gra wyglądała spójnie, co zapewniało im ciągły kontakt z rywalem. To na pewno powinno napawać optymizmem graczy tego zespołu przed kolejnymi spotkaniami.

Zawodnikiem spotkania został uznany Mariusz Przerada, który z 8 bramek dla swojego zespołu, strzelił 7.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież